czwartek, 7 grudnia 2017

Rozdział drugi.

Tom kurczowo zaciskał rękę na szklance ze złocistym trunkiem.
Zachwycał się dosłownie każdym centymetrem ciała nieznanego jegomościa. Świdrował wzrokiem jego szczupłe, długie nogi odziane w srebrny materiał, idealnie odbijający kolor klubowych reflektorów. Ile by dał, aby zerwać z niego te spodnie, chociażby tu i teraz. Lustrował wzrokiem tors pokryty tatuażami. Podziwiał twarz, tak delikatną, wręcz kobiecą, ale jednocześnie niebywale męską. Napawał się widokiem jego błyszczących oczu, pełnych ust i kształtnego nosa przyozdobionego złotym kolczykiem w przegrodzie. Pierwszy raz rzeczywistość okazała się lepsza, niż jego najśmielsze wyobrażenia. I była ona na wyciągnięcie ręki. Dosłownie.
Pieprzony cud natury... To wbrew wszelkiej logice być tak doskonałym.
*
Tej nocy, kiedy poznałem Toma, pieprzyliśmy się w kiblu. Najpierw posuwał moje gardło; robił to brutalnie, mocno. Czułem każdy milimetr jego nabrzmiałego penisa, który penetrował moje wnętrze. Dochodził do samego przełyku, nie zważając na łzy cieknące mi po policzkach. Momentami brakowało mi tchu, ale widziałem w jego oczach, jak wielką rozkosz przeżywa. Słyszałem jego przyspieszony oddech i gwałtowne bicie serca, które zdawało się dudnić, niczym dzwony w Notre-Dame. Byłem tak zajebiście podniecony, jak jeszcze nigdy dotąd. Pierwszy raz swoje soki wypuścił w mojej buzi, a ja lubieżnie zlizywałem jego nasienie z warg. Chciałem rozpalić w nim ogień. Dziki, bezkresny, nieokiełznany. Chciałem, aby gorące języki muskały jego trzewia; ażeby czerwono-złote płomienie ckliwie przypominały mu, kto wzniecił ten pożar.
Później wziął mnie od tyłu. Zawładnął moim ciałem i moim umysłem. Kiedy poczułem, jak po kolei wsuwa palce w moją rzyć - odpłynąłem. Domagałem się więcej, jęczałem i niemo błagałem prosząc o to, aby zakończył tortury i w końcu w całości wypełnił mnie sobą. On łaskawie zgodził się ukrócić moje cierpienia i zatopił kutasa w moim tyłku, aż po same jądra. Myślałem, że rozerwie mnie od środka. Ale było to tak zajebiste uczucie, że nie chciałem, aby przerywał. Trzymał swoje silne ręce na moich biodrach i wykonywał rytmiczne ruchy; dźwięk zderzających się nagich ciał rozchodził się echem po pustym pomieszczeniu. Wiem, że on wtedy nie dbał o moją przyjemność, ale był pierwszą osobą, która tę przyjemność mi dała. Totalnie odleciałem. Zatraciłem się, zgubiłem gdzieś w czeluściach swego umysłu, zapominając na chwilę kim jestem.
Ja, Bill Kaulitz, ten, który zawsze podporządkowywał sobie wszystkich dookoła, zostałem w całości zdominowany.
Drugi raz szczytował między moimi pośladkami. Chyba naprawdę się zmęczył, bo ciężko było mu złapać oddech.
Podciągnął spodnie, a chwilę później rzucił mi pod nogi plik banknotów. Na odchodne powiedział jeszcze coś, o tym, że na pewno tu wróci i ma nadzieję na powtórkę. Zostawił mnie samego. Rozpalonego, niezaspokojonego i pragnącego kolejnej porcji rozkoszy. Wtedy poczułem, że tym razem to ja jestem ofiarą. Sięgnąłem ręką w stronę mojej dziurki i zgarnąłem na palec trochę spermy, która wypłynęła z penisa Toma. Dopełniłem to śliną i zamaszystymi ruchami, mając w głowie obraz jego nagiego przyrodzenia, onanizowałem się siedząc pod ścianą w toalecie.
Czułem pod palcami, jak ścianki mojego penisa stają się coraz bardziej wilgotne. Podbrzusze ponownie rozpalało się, niczym magma, tym razem pod wpływem przyjemności, którą sam sobie dawałem. Zalewała mnie fala gorąca, na skroni pojawiły nawet drobne kropelki potu. Drżałem z podniecenia. I to bynajmniej nie dlatego, że byłem mistrzem fechtunku. Przyspieszałem i zwalniałem tempo, jakbym chciał odwlec nieunikniony finał w czasie. Delektowałem się tym przyjemnym uczuciem, które niczym lawina, przykrywająca wszystko na swej drodze, zawładnęło moim wnętrzem. Odchyliłem głowę do tyłu, wyginając jednocześnie ciało w łuk, kiedy poczułem, że nie jestem już w stanie zatrzymać nadchodzącego orgazmu. Paznokcie lewej ręki wbiłem w posadzkę, całym mym ciałem zawładnęły przyjemne drgawki, aby chwilę później z główki członka wydobyła się biała maź oznaczająca, że to już koniec. Jakże zabawnie musiałem wtedy wyglądać; nago, w rozkroku, ze sterczącym kutasem, dysząc, jakbym właśnie zakończył bieg życia. Dobrze, że nikt nie postanowił wtedy skorzystać z łazienki.
*
Tom wiedział, że nie może przepuścić takiej okazji. Chociaż nad wyglądem blondyna mógłby apoteozować jeszcze długie godziny, zdawał sobie sprawę, że nie on jeden łasy jest na jego wdzięki. Poza tym, zaczął odczuwać nieprzyjemne uwieranie w okolicach podbrzusza, jakoby nawet jego członek chciał się wyrwać i znaleźć ukojenie między pośladkami nieznajomego.
Kątem oka przez chwilę obserwował chłopaka, siedzącego teraz zaledwie kilka metrów dalej.
Nasycał się widokiem twarzy; zimnej i kompletnie pozbawionej jakiegokolwiek wyrazu, ale niebotycznie pięknej. Cholera, jego usta były takie podniecające! Sposób, w jaki trzymał w nich słomkę od drinka, to nieświadome oblizywanie ich językiem, czy zabawa jednym z kolczyków w wardze, sprawiały, że Tom czuł się coraz bardziej napalony. W każdym geście blondyna, w każdym centymetrze jego ciała znajdował możliwość spełnienia.
Nie mógł dłużej czekać. Inaczej penis prawdopodobnie rozerwałby mu spodnie. Już sam nie wiedział, czy to zbyt długa abstynencja seksualna, czy po prostu nieznany jegomość tak porywczo na niego działał, ale chciał go pieprzyć, tak cholernie chciał w niego wejść. Oddać się chwili zapomnienia i celebrować ją tak długo, jak to tylko możliwe.
Wstał.
Prześlizgiwał się między osobami, które zdążyły już odejść od stolików i teraz próbowały swoich sił w tańcu. Były to tępe, wręcz mechaniczne ruchy, naćpanych do granic możliwości ludzi, z pustym spojrzeniem i śliną cieknącą z buzi. Tom aż się skrzywił, przywołując w pamięci nie tak odległą noc, kiedy sam przesadził z narkotykami. "Idiota, no idiota ze mnie" - zaklął w myślach. Trzymając w górze szklankę, tak aby przypadkiem jej zawartość nie znalazła się na nim, przecisnął się przez resztę tłumu i stanął za blond chłopakiem. Złapał go delikatnie za ramię i nachylił się na tyle, aby usta znalazły się na linii jego ucha.
- Cześć! - huknął, starając się zagłuszyć grającą muzykę. - Mogę się dosiąść?
Bill odwrócił się na krześle o sto osiemdziesiąt stopni, zmierzył Toma spojrzeniem, po czym złapał go za kark i zmusił, aby ten ponownie się do niego zbliżył.
- Nie możesz. Jeżeli szukasz miejsca na podryw, to chyba zabłądziłeś.
Tom zupełnie nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Wgapiał się teraz w czekoladowe oczy blondyna i zastanawiał, jak logicznie wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji. Pomoc jednakowoż przyszła sama, bo Bill widząc konsternację szatyna, zdecydował się nakierować go na właściwy tor.
- Chyba, że przyszedłeś tu pieprzyć, to pójdziemy się pieprzyć. O ile cię oczywiście stać.
To był dla szatyna bodziec. W jednej chwili, jak ręką odjął, zniknęło zmieszanie i zakłopotanie. Na jego twarzy pojawił się zawadiacki uśmieszek, bo wiedział już, że swoją zdobycz ma w garści. W oczach zaczęły szaleć ogniki dzikiego pożądania.
- Jeżeli dajesz dupy tak samo dobrze, jak wyglądasz, to mnie stać. Chociażbym miał zaprzedać duszę diabłu. - odpowiedział Tom, tym razem pewny siebie i zdecydowany. - I zrobimy to po mojemu.
Zaciągnął blondyna do toalety i zmusił, aby plecami przywarł do ściany. Ręce umieścił po obu stronach jego głowy, chcąc poczuć, że ma nad tą kruchą istotą absolutną władzę.
- Zanim zaczniemy, powiedz mi, jak masz na imię. Chcę wiedzieć kogo będę posuwał.
- Bill.
- Bill... - powtórzył Tom, skupiając wzrok na lekko rozchylonych ustach kochanka. I wtedy poczuł, jak jego ciało zalewa fala gorąca, niczym magma z właśnie wybudzonego wulkanu, kiedy ręka blondyna powędrowała zewnętrzną stroną uda, aby zaraz zacisnąć się na jego przyrodzeniu. Język obscenicznie przepłynął przez wargi, zostawiając na nich połyskujący ślad.
Tom położył ręce na ramionach chłopaka zmuszając go, aby ten uklęknął. Pospiesznie rozpiął pasek i opuścił spodnie wraz z bokserkami do kostek. Jego penis był twardy, nabrzmiały i gotowy, aby spenetrować wnętrze Billa. Nie czekając ani chwili dłużej, naparł na blondyna, a ten zachłannie objął ustami jego przyrodzenie.
Zaczął go pieprzyć. Robił to mocno, brutalnie, cały czas utrzymując kontakt wzrokowy, co potęgowało w nim uczucie podniecenia. Ciasnota gardła wprowadziła go na wyższy poziom przyjemności. Wpadł w amok. Kiedy po jego ciele rozeszła się kolejna fala gorąca, nieznacznie odchylił głowę do tyłu, dając się porwać w objęcia rozkoszy. Ciało drżało, ręce zacisnęły się na skroniach Billa, aby jeszcze bardziej go obezwładnić. Jaką on wtedy czuł rozkosz!
Nie wiedział ile to wszystko trwało, ale kiedy wypuścił soki w ustach kochanka, czuł niedosyt. Tamten z kolei, ciężko oddychając, zlizywał resztki spermy ze swoich warg. Robił to w sposób tak frywolny i wyuzdany, że Tom miał ochotę wpić się swoimi ustami w jego usta i przeżyć najbardziej trywialny akt seksualny w swoim życiu. Zdawał sobie jednak sprawę z niewidzialnych granic, jakie były postawione między nim, a Billem. Chociaż zaprzysiągł sobie, że nadejdzie dzień, kiedy przekroczy je wszystkie i złamie każdą zasadę, ale dopnie swego. Na razie jednak musiał wystarczyć mu fakt, że mógł posiąść tę piękną istotę.
- Rozbierz się. - rozkazał, przygotowując przyrodzenie do kolejnej penetracji.
Bill posłusznie pozbył się swojej garderoby i wypiął, wspierając się rękami na ścianie. Jego oczom ukazało się drobne, ale idealnie piękne ciało. Uwadze Toma nie umknął także członek kochanka, który przy wzwodzie wydawał się wręcz nieproporcjonalnie duży do reszty. Przez myśl przeszło mu, że takiego kutasa, to sam mógłby poczuć w swoim gardle. Szybko jednak wyrzucił tę koncepcję ze swojej głowy, skupiając się na najbardziej pożądanej części anatomicznej blondyna. Kształtna pupa, jędrne pośladki i raj między nimi. To jest to, co interesowało teraz szatyna.
Tom zwilżył palce śliną i zaczął po kolei wprowadzać je do środka. Kiedy był już pewien, że nic nie jest w stanie przechodzić mu we właściwej przyjemności nakierował główkę członka do wejścia. Najpierw delikatnie przymierzył, aby chwilę później z całą siłą pchnąć. Wprowadził prącie najgłębiej, jak mógł. Zatopił się po same jądra. Usłyszał zduszony krzyk Billa, który aż wzdrygnął się nie spodziewając się takiego obrotu sprawy. Raz po raz wbijał paznokcie w aksamitną skórę blondyna, akompaniując to głośnymi westchnieniami rozkoszy. Wygrywał własną symfonię, gdzie muzyką był dźwięk zderzających się nagich ciał. 
Tom ciężko oddychał, ale nieprzerwanie penetrował tył kochanka. Dawało mu to taką kurewską przyjemność, że najchętniej pozostałby w takiej pozycji do końca swoich dni. Dodatkowo pomruki i jęki Billa sprawiały, że chciał jeszcze więcej i jeszcze mocniej. I wtedy poczuł, jak przechodzi przez niego coś na wzór pulsu elektromagnetycznego. Zacząwszy od mózgu, przez szyję i kręgosłup, zawijając na miednicy i kończąc swój bieg na penisie.
I przyszła błogość. Bezdenna, idylliczna błogość, która otuliła Toma, niczym koc.
Pot kapał mu z czoła, mięśnie zaczęły pulsować, a on szczytował między pośladkami Billa, finalizując akt kilkoma silnymi, długimi pchnięciami. Odsunął się od chłopaka, pozwalając mu bezwładnie opaść na zimną posadzkę, która teraz była niczym ukojenie dla rozgrzanego do granic możliwości ciała. Sam naciągnął bieliznę i spodnie, a z kieszeni wyjął plik pieniędzy. Nie zastanawiał się nawet ile był winny zapłacić. Rzucił banknoty pod nogi blondyna i jeszcze na chwilę zatrzymując wzrok na jego twarzy, powiedział:
- Wrócę. Mam nadzieję, że dasz mi z siebie jeszcze więcej.
Tom pospiesznie opuścił klub, w którym oddał się tej bezpruderyjnej przyjemności.
Od kiedy zaczął wspinać się po szczeblach kariery, zazwyczaj jeździł taksówkami, wygłaszając sam przed sobą maksymę, że go stać, to kto mu zabroni. Teraz jednak zdecydował się na nocny spacer ulicami Los Angeles. Przeczucie mówiło mu, że w domu, nie bacząc na późną godzinę, czeka na niego Georg z przygotowanym wcześniej kazaniem.
Ostatnio wymsknęło mu się w obecności przyjaciela, że niezmiernie męczy go celibat i ma dość udawania zainteresowania kobietami. Spotkało się to oczywiście z dezaprobatą Georga, który wręcz błagał Toma, aby ten nie wpadł na jakiś głupi pomysł. Przestrzegał go przed szumowinami, które tylko czyhały na kolejny błąd ze strony młodego DJ-a. Mówił mu o konsekwencjach jego, potencjalnego, nieodpowiedzialnego zachowania. Zagroził nawet, że jak będzie trzeba to zamknie go siłą w mieszkaniu. Ostatecznie, szatyn nie musiał uciekać się nawet do podstępu, aby bezpiecznie wyjść z domu. Przyjaciel, najwyraźniej zmęczony całodzienną opieką nad nim, po prostu zapadł w sen głęboki i nieprzerwany.
Tom utwierdzał się w przekonaniu, że jego nocna eskapada warta była ryzyka, jakie nad nim wisiało. 
Udało mu się w końcu pozbyć kajdan moralności i zaspokoić swoje pragnienia. W głowie cały czas słyszał każdy jęk, każde westchnienie i każdy zaczerpnięty haust powietrza przez Billa. Dręczyła go myśl, czy naprawdę było mu z nim dobrze, czy może to już wyuczone, automatyczne zachowania, jak na mistrza w swoim fachu przystało. Rozpływał się, wracając wspomnieniami do ciasnoty jego gardła i wilgotności między pośladkami. Z pewnością to powtórzy. Może nie jutro, ale za kilka, lub kilkanaście dni wróci i ponownie odda się rozpuście. I choć zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo igra z losem, wiedział, że oszaleje nie otrzymawszy kolejnej dawki seksualnego spełnienia.
Szedł, nie spiesząc się. Wciągał do płuc chłodne, wrześniowe powietrze. Pozwalał, aby przyjemna bryza chociaż troszkę ostudziła jego wciąż rozpalone wnętrze. Oczami wodził po niebie pełnym gwiazd. Zastanawiał się dlaczego wcześniej nie dostrzegał piękna otaczającego go świata. Czuł się narąbany, jak Messerschmitt; zupełnie niemiarodajnie do ilości alkoholu, jaką faktycznie wypił. Czy to w ogóle możliwe, aby seks z pięknym blond chłopakiem tak na niego zadziałał? Im dłużej nad tym rozmyślał, tym bardziej dochodził do wniosku, że w nim jest coś, czego nie mógł doszukać się u poprzednich kochanków. A może wyobrażenie zbliżenia z Billem stało się tylko przykrywką, uciszeniem myśli, które zaczęły zbaczać na niebezpieczny i mocno niewygodny tor?