niedziela, 26 listopada 2017

Rozdział pierwszy.

Wyobraź sobie, że stoisz pośrodku ruchliwej ulicy i rozpaczliwie wołasz o pomoc, a jedynym, co otrzymujesz są pełne pogardy spojrzenia przechodniów. Grunt osuwa się spod stóp, a ty kurczowo chwytasz ostrych krawędzi, by utrzymać swe ciało na powierzchni i nie dać pochłonąć ciemności. Tkwisz w próżni swojego jestestwa, przestając dostrzegać otaczającą cię rzeczywistość. Przestając czuć. Serce spowija lód , a dusza obumiera.
Jego duch skonał już dawno, a cała egzystencja oparła na nicości. Żył, tak naprawdę będąc martwym. Jakże inaczej można nazwać istnienie pozbawione jakichkolwiek uczuć? Opróżnione naczynie, ledwie powłokę, damoklesowy miecz.
Jedyna rzecz, jaka dawała mu satysfakcję, to widok człowieczego ścierwa obdzierającego się z resztek godności, gotowego płacić grube sumy pieniędzy, ażeby wykupić jego złudne zainteresowanie nimi na kilka godzin. Delikatne rysy twarzy, wręcz kobieca aparycja, pełne usta i głębokie, przeszywające spojrzenie. Mógł podporządkować sobie cały świat, a ten rodzaj władzy ubóstwiał. Lubił, kiedy inni, nawet nieświadomie, łechtali jego próżne ego.
Każdej nocy, kiedy tylko pojawiał się na sali, skupiał na sobie większość spojrzeń. Przepływał przez parkiet niczym bogini, owiana aurą filigranowości i niewinności. Zawsze siadał na tym samym miejscu przy barze, zamawiając tego samego drinka. Nie rozglądał się. Nie interesował niczym. Po prostu czekał.
Starannie przygotowywał się do spotkań z klientami, chociaż nigdy tak naprawdę nie wiedział z kim przyjdzie mu się spotkać. Oni płacili dużo w zamian wymagając profesjonalizmu w każdym calu. A on był w stanie zapewnić im obsługę na najwyższym poziomie. Dlatego często wracali. Chcąc więcej wrażeń, chcąc zmarnować więcej pieniędzy, aż w końcu zatracali się na tyle, że nie byli w stanie bez niego funkcjonować. Otumanieni trucizną pożądania, na którą on był jedynym antidotum. Zamknięci w klatce niespełnionych pragnień czekali na dzień, w którym znowu będą mogli zaspokoić chociaż część swoich żądzy.
*
Bill przygotowywał się do kolejnego wieczoru. Odrzucając wcześniej kilkanaście stylizacji, zdecydował się w końcu na srebrne, obcisłe spodnie i prześwitującą, ciemną koszulkę. Założył także czarne, ciężkie buty na grubej platformie. Włosy zaczesał do tyłu i naniósł na nie sporą ilość żelu.
Przybliżył twarz do lustra chcąc sprawdzić, czy wygląda perfekcyjnie. Wyglądał. Wyglądał, jak ucieleśnienie najskrytszych marzeń. Drobne ciało pokryte wieloma tatuażami, staranny ubiór, piękna twarz i ta sama myśl: posilić się ich głupotą, poczuć ich palce na swojej skórze, która zagłębiając się pod ich naporem była niźli aksamit. Idioci… Myśleli, że odczuwa rozkosz. Jedyne, co Billowi wychodziło wręcz idealnie to matactwo, iż rzeczywiście ją przeżywa.
Ciszę przerwało skrzypnięcie otwierających się drzwi. Do pokoju wszedł niebanalnie wysportowany, wysoki mężczyzna. Idealnie skrojony garnitur, apolińska budowa ciała, nienagannie ułożone kruczoczarne włosy i silny zapach perfum, który dało się wyczuć z daleka. W słabym świetle tlącej się na stole lampki jego ostre rysy twarzy, ciemne oczy i nienaturalnie wręcz blada cera sprawiały, że bardziej przypominał wampira, aniżeli człowieka. Uśmiechnął się pod nosem, obscenicznie komentując w myślach wygląd blondyna, ciągle wpatrującego się w swoje lustrzane odbicie.
- Bill, jesteś idealny. Lepiej już nie będzie. - odezwał się, podchodząc do chłopaka. - Swoją drogą ciekawi mnie, kiedy dla mnie będziesz się tak stroić?
- Alex... Po co mam się dla ciebie stroić, skoro ty i tak chcesz tylko mojej dupy? - odparł Bill, nie odrywając oczu od szklanej tafli.
- To ty nie wiesz, że ciastko smakuje lepiej, kiedy ładnie wygląda?
- To ty chcesz pieprzyć, czy żreć ciastka? Zdecyduj się.
Alexa ogarnęła fala gorąca, a bokserki nagle stały się za ciasne. Uwielbiał arogancję Billa. Uwielbiał jego bezczelność i wyuzdanie. W głowie snuł już sobie nikczemny plan ich wspólnego wieczoru.
*
Kiedy świat przywdziewał nocny płaszcz, do życia budziły się najmroczniejsze zakamarki miasta. Miejski Tartar pokus, który pochłaniał w swe czeluści każdego, kto stanął mu na drodze.
Pod przykrywką stroboskopowych lamp, głośnej muzyki i kolorowych drinków kryło się miejsce, gdzie więźniowie własnego umysłu mogli dać upust najskrytszym seksualnym fantazjom. Za odpowiednią opłatą, zachowując pełną anonimowość dostawali możliwość posiadania przez chwilę czyjegoś ciała na wyłączność.
I to właśnie jemu było potrzebne.
Szatyn stanął pod klubem. Dokładnie rozejrzał się wokół, aby mieć pewność, że żadna kanalia go nie śledziła. Ostatnim, co chciał ujrzeć były nagłówki kolorowych brukowców opisujące jego wizytę w gejowskim domu publicznym. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że najlepiej kopie się leżącego, ale on nie miał zamiaru dawać tym szumowinom tej satysfakcji. Naciągnął mocniej założony już kaptur, jakby chciał całkowicie się w nim zatopić. Podszedł do ochroniarza, a ten zapytał go o dokumenty.
- Słuchaj. Dam ci dokument, ale troszkę inny. A ty nie będziesz pytał mnie o nazwisko i zapomnisz, że tu w ogóle byłem. - powiedział szatyn, wyciągając z tylnej kieszeni spodni portfel. Wręczył rosłemu ochroniarzowi banknot o dużym nominale. - Masz. Umowa stoi, jak mniemam?
- Zapraszam do środka.
Cóż za mentalność rządzi tym światem? Pieprzone kurwy, za hajs nawet własną matkę odstrzelą.
Wszedł do sali. W pomieszczeniu dominowały odcienie niebieskiego i fioletu, przeplatane odrobiną czerwieni. Całość oprawiona została ledowymi światłami widocznymi na barze i podłodze. Grała głośna muzyka, na jego gust dość tandetna. Widać było, że zabawa dopiero miała się zacząć, bo nikt ze zgromadzonych specjalnie się nie wychylał.
"Zobaczymy ile warte jest to miejsce" - pomyślał Tom, zmierzając w kierunku baru. Miał ochotę się po prostu urżnąć i pieprzyć z jakimś dobrym kolesiem tak, aby mu tchu brakowało. Chciał jęczeć, chciał krzyczeć, a przede wszystkim - chciał w końcu zerwać kajdany, w które sam dobrowolnie pozwolił się zapiąć. Dzisiejsza noc miała należeć do niego. Zamówił podwójną whiskey z lodem i usiadł na wysokim krześle barowym. Jednym łokciem oparł się o blat i popijając trunek bacznie obserwował salę. Wzrokiem szukał jakiegoś potencjalnego kandydata do nocnych igraszek. Nie interesowało go w tym momencie czy będzie to regularna męska dziwka, czy przypadkowy napaleniec - musiał dać upust swoim sokom. W raju, między męskimi pośladkami.
I wtedy go ujrzał.
I pierwszy raz poczuł, że to nie alkohol, czy narkotyki odbierają mu zdolność racjonalnego myślenia.